Mam niepospolicie świetną pamięć.

W mojej głowie jak w teatrze symultanicznym. W tym samym czasie mogę myśleć o tym co mam zrobić na jutro, co na za miesiąc, czego nie zrobiłam a powinnam była zrobić, co działo się o tej porze rok temu, dwa lata temu, pięć, z czym kojarzy mi się piosenka, której właśnie słucham i czy zagotowała mi się już woda na następną kawę, w co byłam wczoraj ubrana, w co tydzień temu…

Za każdym razem próbowałam zaplombować niewyleczony ząb. Plamę na obrusie zakryć wazonem. Naiwnie praktykowałam autosugestię. Nieskutecznie. Dzisiaj dałam się otulić wodzie. Wprowadzić w katartyczny stan odzyskiwania poczucia spokoju, relaksu. Wylałam morze łez, wypłynęły ze mnie kompleksy. Choroby duszy. Tego nie da się jednak wypłakać ot tak. Coś jednak pękło, jakaś jedna z wielu tam. Dlatego usiadłam pisać.


Czyhanie

Skoro nie mogę Cię pokonać, pomyślałam, że spróbuję się z Tobą zaprzyjaźnić. Ile to już lat, kiedy ze sobą walczymy? 10? 15? 27? Poszłam do kościoła na różaniec. Październik zeszłego roku. Ja w pierwszej ławce, z prawej strony, tak jakoś, przyzwyczajenie od dzieciaka, bo tata stawał po prawej. Ksiądz podaje kolejno dzieciom mikrofon na zdrowaśmaryjołaskiśpełna. Chłopaszek się myli. Za każdym razem. Ksiądz poprawia. On i tak mówi źle. I nagle uderzenie gorąca, przyspieszenie bicia serca, w głowie jakby wir, jak spuszczana woda, kręcą się myśli, reminiscencje. Jest. Ta jedna. Ona. Czy to zaczęło się wtedy? Czy wtedy to tak istotnie poczułam?

Ja. 7-8 lat. Stoję grzecznie w rządku, czekam na swoją kolej. Jeszcze tylko, 4,3,2 osoby i ja. I mój moment. Mój. Mikrofon będzie mój! I to ja. To ja tam stoję. Dostałam ten cholerny mikrofon. Mam swoje piętnaście sekund, nareszcie! ****** i co? …. i zjebałam. Ot co. Totalna porażka. Ja. Zażenowanie. Oddaj, nigdy więcej się nie pokazuj. Nie wychylaj się. Głupia. Brzydka. Głupia.

Ale Ty… Ty jesteś przebiegła, inteligentna i bystra. Bardzo łatwo wyczuwasz ten moment, kiedy wypadam z torów. Wystarczy lekkie zachwianie, chwila mojej nieuwagi, niewielkie potknięcie, ale Twojej uwadze to nie umknie. Jesteś szybka. Cholernie sprytna. I cap! Łapiesz mnie. Ja łapię siebie (?). Ty czyhasz na mnie. Ja czyham na siebie (?). Zaciska się pętla. Zakręca spirala. To jak zapadanie w sen, jest się w stanie skojarzyć ten moment przejścia, zapanować nad nim, aby za chwilę, zupełnie stracić kontrolę i … wpaść w dziurę za białym królikiem. Jak to się dzieje?

Moje życie, spacer po linie, Jonny Cash już o tym śpiewał coś. I co się dzieje? Idę. Po linie. Jak się chodzi po linie? Ostrożnie. Dbam o każdy krok. Co, kto, kiedy, jak. Czy dobrze? Czy aby na pewno? To napięcie stawiania odpowiednio kroków towarzyszy mi całe życie. Presja oceny jest tak absurdalnie skrajna, że nawet w głowie myślę, że muszę się kontrolować. To życie w ciągłym napięciu i obawie przed sobą samą i swoimi myślami, a dalej słowami, a może odwrotnie? Łatwo się w tym pogubić. Zaplątać w sieć, jakby ją tkał jakiś pijany pająk. Absurdalnie zastanawiam się nawet czy to co pomyślałam powinnam była pomyśleć. Sądzę się sama przed sobą.


Dlaczego wylądowałam tutaj?

To był zły dzień. Dla mnie, dla Niego, dla Nas. Ona przyszła, dała mi w twarz i wyrwała garść włosów. Zostały na szczotce. On by wiele chciał, bo kocha. Ona czyha na Nas. Lubi się babrać w takich sprawach. Specjalistka od zerwanych zaręczyn, zniszczonych związków, przepitych pieniędzy, przepalonych papierosów, przepłakanych nocy. Bagatela, ho ho! Tak by rzekł Rzecki.

Ja od rana zapętliłam (jak to zwykłam robić w takich momentach) Never let me go i pękłam. Kurewsko pękłam. Bo co? Bo wszystko. Bo ja. Ja i Ona. Spoliczkowała mnie. O podartych pamiętnikach napiszę następnym razem. Ona, od dziś moja przyjaciółka, dotąd wróg, Depresja, była pierwsza od papierosa. I bez niego Ona czuje się świetnie w moim towarzystwie.

Dopiję swoje piwo, pójdę spać. To był zły-dobry dzień. Ojciec w cugu piąty dzień. Mało to ma wspólnego z Tobą dziś, ale u źródeł ma. To pewnie też z siebie wyrzucę. Poznajmy się. Zaprzyjaźnijmy się.